Historia o WiedźmAnnie
Na warszawskim Ursynowie,
żyła sobie pewna panna,
co nie miała dobrze w głowie,
nazywała się WiedźmAnna.
Uśmiechnięta zawsze była,
chętnie z każdym pogadała,
italiano w szkole uczyła,
tak przynajmniej opowiadała.
Nikt nie widział jej na miotle,
bo do szkoły metrem gnała,
kota też nie było w oknie,
lecz dziobaki hodowała.
Zamiast chatki z piernika
miała laboratorium niewielkie
w sali G, w piwnicach,
gdzie zadawała tortury wszelkie.
Lubiła gdy dzieci z bólu się wiły,
więc ze swej szafki wyciągała
leki, lasery, skalpele i piły,
które od lat kolekcjonowała.
Gdy ktoś jakiegoś słówka nie wiedział,
na czole mu je pięknie wypalała.
Gdy ktoś coś komuś podpowiedział,
szybko język obcinała.
Potem nań grawerowała imię
ucznia niegrzecznego
i wieszała na cienkiej linie,
śmiejąc się do upadłego.
Gdy w jej skarby ktoś zaglądał,
złego dziobaka nań wysyłała,
a ten oko wydłubywał,
krew się lała, lała, lała.
Gdy trafiła się mądrala,
też nie było wcale miło,
do prądu ją podłączała,
aż się dzieciątko uspokoiło.
Gdy na ściąganiu kogoś złapała
wyciągała piłę z szafki
i paluchy obcinała,
zostawiając same skrawki.
I tak było co dzień prawie
pokancerowane dzieci,
szukające palca w trawie,
albo wśród obmierzłych śmieci.
Aż WiedźmAnna się znudziła,
swe zabawki spakowała,
szpetne dzieci zostawiła
i na Sycylię czy prędzej pognała.
Tam Streganną się nazwała,
dom z piernika postawiła,
italiańca przygruchała,
z którym miło się bawiła.
ARA
-
gość:
Pokaż wszystkie (1) ›